Resident Evil 7 – wtórne czy świeże?

Resident Evil 7 – wtórne czy świeże?

Resident Evil 7: Biohazard (lub Biohazard 7: Resident Evil, zależnie od tego, gdzie mieszkacie) było czymś, czego ta zasłużona seria jeszcze nie widziała. Po wielu latach gier prezentowanych z perspektywy trzeciej osoby twórcy zdecydowali dla odmiany zastosować widok pierwszoosobowy i powrócić do straszenia graczy.
Czy seria straciła przez to na swojej tożsamości? Rzućmy okiem.

Nowa perspektywa

Chociaż widok z oczu postaci jest czymś zdecydowanie nowym dla Resident Evil (pomijając Umbrella Corps przez litość dla wszystkich zainteresowanych) i warto pochwalić odwagę związaną ze zmianą sprawdzonej formuły, to w ostatnich latach mieliśmy już trochę horrorów FPP. Był Outlast, który niedawno doczekał się w bólach swojej drugiej części, było bezlitośnie dojone Five Nights at Freddy’s, było znakomite Alien: Isolation i garść innych.
Niezależnie od tego, jaka była motywacja Capcomu stojąca za zmiana perspektywy, trochę ciężko pozbyć się wrażenia, że w ten sposób gra sprawia wrażenie trochę wtórnej względem innych, przynajmniej w kwestii prezentacji.
Z drugiej strony, przejście w tryb FPP pozwoliło znakomicie zoptymalizować RE7 do użycia z zestawami VR, co w znaczący sposób podnosi emocje z rozgrywki.

Pif-paf

Oczywiście RE7 różni się zdecydowanie od innych popularnych obecnie survival horrorów: z czasem pozwala graczowi stawić czoła przeciwnikom w sposób kontrolowany przez gracza, a nie oparty o QTE. Główny bohater, Ethan Winters, z czasem zdobywa dostęp do broni palnej, która pomaga mu przeżyć w kluczowych momentach, chociaż przeciwnicy są mniej podatni na obrażenia, niż można by się spodziewać. W porównaniu do ogólnie bezradnych postaci z innych horrorów, które nie są w stanie nawet złapać jakiejś łopaty i walnąć przeciwnika przez czerep jest to zdecydowana zaleta.

Ciągłość i nawiązania [SEKCJA SPOILEROWA]

Zahartowani fani Resident Evil mogli, nie bezzasadnie zresztą, oczekiwać garści odniesień do poprzednich części. Jak to wyszło? W kratkę, ale tak miało podobno być.
Eveline, dziewuszka, która jest powodem całego zamieszania jest, oczywiście, produktem jakiegoś odłamu Korporacji Umbrella: biologiczną bronią zdolną kontrolować umysły innych za pośrednictwem supernaukowej pleśni.
Co ciekawe, pod koniec gry pojawia się także Chris Redfield, postać znana bardzo dobrze każdemu, kto grał w poprzednie części cyklu. Zagadkowym jest jednak jest pojawienie się w helikopterze oznaczonym logo wspomnianego wcześniej odłamu Umbrella Corp. Redfield zazwyczaj działał przeciwko korporacji, a co najmniej przeciwko chaosowi, który wynikał z jej badań.

[KONIEC SEKCJI SPOILEROWEJ]

Wizualia

Pod względem wizualnym RE7 ciężko opisać słowem „piękny” biorąc pod uwagę obrazy, które nam się w trakcie gry ukazują, jednak zdecydowanie można opisać grafikę korzystając z fraz takich jak „wysokiej jakości” i „szczegółowa”. Przez pół roku gra nie zdążyła się oczywiście zestarzeć wizualnie i nadal prezentuje znakomity poziom. Przekłada się to również na tryb VR, który przybliża graczom odrażających mieszkańców i obskurne pomieszczenia posiadłości Bakerów.
Nie sposób ocenić jak długo czujne oczy graczy będą oceniać wysoko grafikę RE7, jednak na chwilę obecną pozostaje technologicznie imponująca, zdolna przekazać biochemiczny horror charakteryzujący tę serię.

Jak się trzyma w porównaniu do innych?

Na rynku, który w ostatnich latach ciepło przyjął garść pierwszosoboowych survival horrorów: pierwszego Outlasta, Alien: Isolation, Amnezję i kilka innych tytułów, czy nowy horror od Capcomu jest w stanie się jakoś wybić?
Zdecydowanie ma przewagę dzięki byciu częścią szanowanej marki. Pewnym atutem w budowaniu napięcia jest to, że główni antagoniści nie robią sobie zbyt wiele z oberwania breneką. Pozwala to stworzyć zupełnie inny odcień bezradności gracza, niż ten generowany przez gry, w których można się tylko chować.

Podsumowanie

Resident Evil 7, pomimo podobieństw w formie i w pewnych rozwiązaniach do innych popularnych horrorów FPP, które straszyły nasze dyski w ostatnich czasach, przynosi ze sobą garść zmian, które nie pozwalają mu stać się po prostu częścią trendu. Jest przy okazji wyjątkowo udaną próbą odświeżenia formuły, która służyła Capcomowi od dawna. Czy to oznacza więcej pierwszoosobowych Residentów? Ciężko orzec, jednak nawet jeśli „siódemka” miała być wyjątkiem, to warto ją zapamiętać.